W życiu zawodowym tak niestety często jest, że liczą się nie tylko nasze umiejętności, ale także papiery, które teoretycznie powinny te umiejętności potwierdzać. Wydawałoby się to zupełnie racjonalne, ale jest pewien problem – Polska słynie z wyjątkowo teoretycznego profilu swojej edukacji.  Efekt jest taki, że często inwestujemy lata nauki i naprawdę duże sumy pieniędzy wyłącznie dla kawałka papieru. Często z góry już wiemy, że niczego się tam tak naprawdę nie nauczymy – co najwyżej zasad survivalu w świecie biurokracji. Liczy się tylko kartonik, który możemy potem zamienić na dodatkową linijkę w naszym CV.

Powyższe stwierdzenie można z całą pewnością zastosować do licznych kierunków uniwersyteckich. Trochę inaczej jednak sprawa wygląda w wypadku kursów językowych. Nikt, albo przynajmniej mało kto, nie zapisuje się na kursy językowe wyłącznie po to, by uzyskać papier. W końcu co nam po papierze, skoro nie umiemy języka. Nawet, jeśli kurs jest ściśle nastawiony na zdobycie określonego certyfikatu językowego, to i tak ostatecznie ma nasz nauczyć władać tym językiem nie tylko na czas egzaminu…

Okazuje się jednak, że nie zawsze tak musi być. Niektóre z powszechnie uznawanych certyfikatów językowych mają bowiem tak skonstruowane egzaminy, że ich zdanie jest umiejętnością samą w sobie. Naiwni są ci, którzy liczą że znajomość języka im wystarczy – trzeba dokładnie wiedzieć jakiego typu odpowiedzi oczekują egzaminatorzy, co jest punktowane wysoko a co nisko, jakie pułapki czekają na zdających, etc.

Szczęśliwie nie wszystkie egzaminy są tak skonstruowane. Przykładowo, porównując CAE z TOEFL, nie ma wątpliwości że ten drugi jest znacznie bardziej intuicyjny. A oba są respektowane na równi… Dlatego też zanim zapiszesz się na kurs językowy przygotowujący do jednego z egzaminów, dobrze wypytaj instruktorów w danej szkole który z nich będzie dla Ciebie najbardziej odpowiedni!